Dzisiaj przychodzę z historią jednego z moich dwóch kotów rezydentów – Briny, która nie tylko nauczyła mnie cierpliwości i pokory, ale również udowodniła, że nie ma kotów, z którymi nie warto pracować.
Brina trafiła do mnie 24 września 2022 roku. Miała wtedy całkiem inne imię i nie do końca poznaną przeszłość. Wiedziałam o nie jedynie tyle, że została przywieziona z terenów objętej wojną Ukrainy. Znaleziono ją gdzieś w okolicy Charkowa, na zgliszczach, pozostałych po bombardowaniu tego terenu.
Przed przyjazdem została wykastrowana i zaszczepiona.
Brak informacji o wieku, dotychczasowych opiekunach, historii chorób – nic.
W domu tymczasowym, gdzie spotkałyśmy się po raz pierwszy, mieszkała z inną kotką, również przywiezioną z tamtych okolic. Mimo wspaniałej opieki i ogromnej dozy empatii ze strony opiekunek, była wycofana, zdystansowana i nieufna. Nie przepadała za kontaktem fizycznym i miała problemy z załatwianiem się poza kuwetą. Były to zapewne przyczyny, przez które – mimo atrakcyjnego wyglądu, trudno było znaleźć jej dom.
Nasze spotkanie przypadło na okres, w którym byłam już na drodze zgłębiania wiedzy o kotach. Brałam udział w coraz większej liczbie szkoleń, pomagałam ludziom w internecie oraz znajomym i rodzinie. Moja praktyka opierała się jednak wyłącznie na pracy z kotami, które do tej pory poznałam, sama mając w domu Ampera – kota idealnego, inteligentnego, pewnego siebie, optymistycznego i zabranego od kociej mamy w odpowiednim wieku.
Więc „Kto da radę, jak nie ja?” – tak, te słowa, podsycone ogromną (i jak się później okazało – zgubną) pewnością siebie, padły z moich ust, kiedy pakowałam Brinę do transportera i ruszałam w stronę jej nowego domu.
Szybko okazało się jednak, że Brina wcale nie zachowuje się jak Amper, ani – o zgrozo, żaden inny kot, którego dotąd poznałam….
PIERWSZY TYDZIEŃ
– Każdy przelatujący samolot, ryk silnika samochodowego, a nawet szelest reklamówki powodował ogromny lęk. Kotka wciskała się w najciaśniejszy kąt domu, obok kuwety i niczym zamieniona w kamień czekała, aż ogromne zagrożenie przeminie.
– Sikała do kuwety, jednak kał zawsze lądował w innym miejscu.
– Próby kontaktu fizycznego również były dla mnie nie małym zaskoczeniem. Gdy tylko wyciągałam w jej stronę rękę nie łasiła się, nie uciekała – zamiast tego kuliła głowę między przednimi łapami, jakby czekała na cios.
– Czy jadła? Jeszcze jak! Zjadała każdą ilość oferowanego pokarmu, wciągając go z prędkością odkurzacza. I teraz ktoś mógłby zarzucić, że być może w domu tymczasowym dostawała zbyt mało lub była karmiona za rzadko – nic bardziej mylnego! Tak u mnie, jak i u poprzednich opiekunek dostawała odpowiednią ilość wysokomięsnej karmy. Zdarzało się nawet, że zjadała porcję zarówno swoją, jak i kociej współlokatorki.
CO WYSZŁO W PRANIU
Tak, jak już pewnie zauważyliście, początek brzmi smutno i dość niepokojąco. Wielu internetowych znawców powiedziałoby zapewne „daj jej czas”, „przyzwyczai się, kiedy poczuje się pewnie”. Jednak przy natłoku tak skomplikowanych problemów behawioralnych, sam czas nie jest rozwiązaniem.
Brina cierpiała bowiem z powodu:
– silnego syndromu stresu pourazowego PTSD, spowodowanego wojną i bombardowaniem, objawiającego się paraliżującym lękiem w kontakcie z głośnymi dźwiękami lub szybkimi rucham
– objawów typowych dla kota bitego (niekoniecznie była bita, to też mogło być spowodowane przez PTSD) utrudniających budowanie relacji z człowiekiem
– FHSu, który choć w bardzo łagodnym stadium, również przyczyniał się do pogłębiania dyskomfortu psychicznego i fizycznego
– FORLa – który powodował ogromny ból zębów
– syndromu głodu, który przełożył się na: problemy z prawidłowym pobieraniem pokarmu, lekką nadwagę, kradnięcie ludzkiego jedzenia, osłabienie flory jelitowej, zaburzenia żołądkowe
– kompulsywnego lizania sierści, powodującego wymioty i problemy z kołtunami, których nie pozwalała sobie wyczesać i wyciąć
– depresję
– obniżenie progu reakcji w kontakcie z ludźmi i drugim kotem
– fobię przed transportem – włożona do transportera, za każdym razem oddawała kał i mocz
Dodatkowo, Brysia wykazywała wiele zachowań charakterystycznych dla kota zbyt wcześnie zabranego od kociej mamy, oddawała kał poza kuwetą, reagowała agresją lękową na kobiety z blond włosami i z pesymizmem podchodziła do wszelkich propozycji zabawy czy wzbogacenia środowiska.
NAJWAŻNIEJSZE ETAPY PRACY
Na początku naszej wspólnej drogi byłam przerażona i zaczęłam szczerze wątpić w swoją wiedzę i umiejętności. Moja pewność siebie prysła jak bańka mydlana. Jak bowiem poradzić sobie z kotem, który jest jednym wielkim chodzącym problemem behawioralnym?
Mimo lęku, postanowiłam się jednak nie poddawać.
Kluczem do sukcesu okazało się dokładne przeanalizowanie zachowań Brysi, podzielenie ich na grupy i spojrzenie na wszystko „z góry”. Większość z tych pojedynczych problemów była mi już znana z literatury i szkoleń, o innych doczytywałam i douczałam się pojedynczo.
Kiedy opracowałam sobie w głowie dokładne rozwiązania, przypisując je do poszczególnych problemów, powoli i stopniowo zaczęliśmy pracę.
Najprościej poszła socjalizacja z Amperem, która okazała się dużo łatwiejsza i mniej stresująca niż od początku zakładałam. Dodatkowo, pokazanie kotce, że wszyscy domownicy rozumieją i szanują kocie komunikaty, dało jej pierwszą namiastkę poczucia przestrzeni osobistej, możliwości kontroli i samodecydowania o sobie. Kotka nie była głaskana, gdy nie wyrażała na to zgody, a zabawa z nowym kocim bratem kończyła się, gdy Brina zaczynała warczeć.
Zadbaliśmy też o to, by poświęcać kotce odpowiednią ilość zajęć z nami – opiekunami. Interakcja nie opierała się wyłącznie na próbach kontaktu bezpośredniego, a stawiała bardziej na zabawę wędką, podawanie smakołyków oraz zwykłego przebywania w tym samym pomieszczeniu, bez konieczności dotyku.
Zaczęliśmy również budować Brinie „kocią pewność siebie” poprzez naukę pochwały i nagradzania za oczekiwane zachowania. W późniejszym czasie doszły jeszcze zabawki interaktywne na smaczki i maty węchowe, pomagające w regulacji emocji oraz trening na komendy.
Oczywiście w międzyczasie zadbaliśmy też o zdrowie kotki, usunęliśmy część zniszczonych zębów, a podawana suplementacja pozwoliła na przywrócenie prawidłowej flory jelitowej, podniesienie odporności, poprawy jakości sierści i ukojenie kocich nerwów.
Praca na niskim poziomie pobudzenia, częste i małe posiłki, zapewnienie prawidłowo przeprowadzanego cyklu łowieckiego, kopacz i lickmaty pomogły nam uporać się z syndromem głodu i nauczyły rozładowywać emocje w inny sposób niż kompulsywne lizanie sierści.
Elementów pracy było oczywiście znacznie więcej, jednak to te – kluczowe, pozwoliły nam zrobić kilka kroków na przód i otworzyć Brysię na nowe wyzwania i możliwości.
EFEKTY PRACY
Niedługo miną 3 lata, odkąd Brina jest z nami. Powiedzieć, że poczyniła w tym czasie postępy, to jak nie powiedzieć nic!
Obecnie jest dużo bardziej pewną siebie, uroczą i pełną wdzięku koteczką. Mimo typu rasy (brytyjski długowłosy), potrafi być wulkanem energii, znacznie szybciej się uczy i inicjuje interakcje zarówno z Amperem, jak i z nami. Stan jej sierści jest o niebo lepszy, nie wykazuje też objawów FHSu i syndromu głodu (choć zdarzył się epizod nawrotowy). Kotka nie unika też kontaktu fizycznego – choć nie jest typem przytulaka, często sama zabiega o atencję, zabawę, a nawet łasi się i ociera o nogi. Dużo lepiej komunikuje swoje potrzeby, a gdy czegoś chce robi się bardzo gadatliwa.
Oczywiście traumy, które przeżyła, nigdy do końca jej nie opuszczą, jednak dzięki wspólnej, ciężkiej i cierpliwej pracy, udało nam się zbudować wspaniała relację, opartą na wsparciu i zaufaniu.
Wniosek: Nie ma kotów, z którymi nie warto pracować… Bo każdy kot jest super! Wystarczy wzajemne zrozumienie.



